Skóra, w której żyję - reż. Pedro Almodovar (w porównaniu z książką)

Widzowi trudno będzie utożsamić się
zarówno z chirurgiem, jak i z Verą
Dlaczego ten film - choć z pewnością wymagał znacznie większego wysiłku i bardzo dużych pieniędzy w porównaniu z napisaniem książki - jest jednak gorszy od powieści "Tarantula", na podstawie której został stworzony?

Przyczyna nie jest żadną tajemnicą - widać ją aż nazbyt oczywiście. Scenariusz został wyprany z emocji. Pedro Almodovar zachłysnął się tym razem medycznymi gadżetami, z pietyzmem zbudował tajną salę operacyjną głównego bohatera, nie zapominając ani o odpowiednim sprzęcie, ani nawet o profesjonalnych symbolach na lekarskich narzędziach.

Mnie jednak fetyszyzm medyczny nie kręci, nie emocjonuje mnie też proces przemieniania mężczyzny w kobietę i odnajdowania się bohatera w nowej dla niego płci. Tym bardziej, że psychologiczne aspekty tego procesu zostały właściwie pominięte. Jeśli więc niektórzy recenzenci zarzucali autorowi "Tarantuli", że nie zajął się należycie przeżyciami psychicznymi swych postaci, zarzut ten jest jeszcze bardziej na miejscu wobec twórców "Skóry, w której żyję".

Filmy Almodovara miały to do siebie, że rozdzierały widza. Pamiętam, że ostatnie sceny "Porozmawiaj z nią" były dla mnie tak psychologicznie mocne, że aż skręcało mnie w środku; o mało nie wyszedłem przed końcem filmu. Ale podczas oglądania "Skóry..." niewiele jest takich momentów. Widz nie jest już stawiany w tak niezręcznych sytuacjach, nie budzą się w nim dylematy moralne, nie pojawiają się pragnienia, by dyskutować z reżyserem lub przemyśleć pod wpływem filmu jakieś ważne życiowe kwestie. Film jest sprawnie zrobiony, Almodovar jak zwykle okazuje się fachowcem w swoim warsztacie, ale właśnie - mamy do czynienia z dobrym rzemiosłem i niczym więcej.

Elena Anaya i Antonio Banderas
wyglądają ładnie, ale są pozbawieni
psychiki
To, czego najbardziej brakuje w filmie, a co jest jedną z ciekawszych warstw powieści, to rodząca się w ofierze fascynacja swoim oprawcą. Fakt to znany - np. żony, nad którymi znęcają się mężowie, same odczuwają poczucie winy i często za wszelką cenę próbują bronić swych okrutnych partnerów. W jaki sposób nienawiść zamienia się w podziw i pożądanie? Jak taka sadomasochistyczna relacja się rozwija? Właściwie prosto - oprawca reglamentuje przyjemności, a nawet możliwości realizacji podstawowych potrzeb. Ogranicza je tak bardzo, że w końcu wszystko co daje i wszystko na co się zgadza zostaje odebrane przez ofiarę niczym dar z niebios, a jednocześnie dowód, że ten zły wcale zły nie jest. Akt podarowania cukierka żydowskiemu dziecku przez hitlerowskiego żołnierza będzie wydawał się większym przejawem dobroci niż podanie dziecku przez matkę pożywnego obiadu.

Tymczasem wygląda na to, że Almodovar przegapił ten ważny aspekt w książce, a w konsekwencji - także w swoim filmie. Albo - najzwyczajniej w świecie - mimo chęci, coś mu tym razem nie wyszło.

Niestety, traci na tym wiarygodność fabuły, bo poprzez lekceważenie psychologii postaci, widzowi trudno stanąć po stronie któregokolwiek z bohaterów.