Autor widmo - reż. Roman Polański


Nie wierzcie recenzentom. Ten film wcale nie jest tak świetny, jak można by było sądzić na podstawie gazet. Jest przyzwoity, w każdym calu profesjonalny, ale momentami także po prostu nudny.

„Ghost Writer” to film noir – zimny, z mrocznymi tajemnicami w tle. W filmie obowiązuje kolorystyka szaroniebieska. Dom, do którego trafia główny bohater, to nowoczesny, przeszklony, architektonicznie doskonały, ale zarazem potwornie zimny budynek, przypominający raczej biurowiec niż rodzinne gniazdko. Dom stoi na plaży. Wokół, poza odgłosem wzburzonych fal, pustka i cisza. Wielkie przestrzenie i niewielu ludzi. Na plaży silny wiatr. Często pada rzęsisty deszcz. Spędź w takim miejscu dobę, a z depresji będziesz się leczyć przez rok.

Głównym bohaterem filmu jest pisarz, żargonowo nazywany pisarzem-widmem (a może raczej pisarzem-duchem) – to człowiek, który pisze książki za innych, znanych ludzi. Dzięki takim autorom do księgarń mogą trafić m.in. doskonale napisane autobiografie polityków, którzy sami nie potrafiliby sklecić nawet jednego poprawnego zdania. 

Tytułowy autor widmo pierwszy raz w życiu otrzymuje zlecenie napisania biografii „za kogoś”. Tym kimś jest były premier Wielkiej Brytanii, Adam Lang – wielki polityk, wokół którego właśnie zaczyna się zamieszanie. W mediach znów robi się o nim głośno, bo na jaw wychodzą informacje, jakoby premier, w imię walki z terroryzmem, podejmował decyzje wątpliwe etycznie. 

Zamieszanie wokół polityka utrudnia pisarzowi pracę i zwiększa presję, która i tak była silna ze względu na skandalicznie krótki termin narzucony przez wydawnictwo. Dodatkowo, autorowi widmu sen z powiek spędza fakt śmierć pisarza, który przed nim próbował pracować nad autobografią Langa … Czy Michael McAra rzeczywiście zginął przez przypadek? A może pracując nad książką dowiedział się o czymś, o czym wiedzieć nie powinien?

Film rozkręca się powoli, a o wartkiej akcji możemy mówić dopiero w ostatnich 20 minutach. Nie znajdziemy w tym obrazie niezwykłych efektów specjalnych, niesamowitej scenografii, czy nowatorskich sposobów filmowania. Polański postawił na produkcję jak najbardziej klasyczną, dając do zrozumienia, że nie potrzebuje fajerwerków, żeby pokazać swoje mistrzostwo.

Tak stworzył film, który w swej ostatecznej wymowie okazuje się bardzo antyamerykański. Opowiada o Ameryce niczym o mafii oplatającej świat, niczym o ośmiornicy, której macki wszędzie odnajdą swą potencjalną ofiarę. Wrażenie to reżyser osiągnął jakby niechcący, pozornie jedynie prezentując widzom kryminalno-polityczną zagadkę.

Świetna jest w „Autorze widmie” obsada. Chciałem wspomnieć niezbyt rozgarniętego, a może po prostu niezbyt zainteresowanego polityką Adama Langa, doskonale granego przez Piercea Brosnana, ale trudno cokolwiek zarzucić także innym aktorom. Olivia Williams jako żona premiera, Ewan McGregor jako pisarz widmo, czy Kim Cattrall jako sekretarka (i niemal równie oficjalnie - kochanka) premiera, także dobrze odnajdują się w swoich rolach. 

A jednak, ponurość „Autora widma” i panująca w nim przygnębiająca atmosfera z pewnością nie każdemu przypadną do gustu. W tym filmie widz czuje się trochę, jak w więzieniu... A może raczej, niczym w małym domku w Alpach, gdzie wszystko wokół wydawać się może niczym z bajki, a jednak, byłoby zupełnie inaczej, gdyby można mieć jeszcze poczucie, że ów domek w dowolnym momencie można swobodnie opuścić.






2 kom.:

czara pisze...

Tyle sprzecznych recenzji, że jestem coraz bardziej ciekawa tego filmu. A za biuro z takim widokiem, jak na pierwszym zdjęciu dałabym się pokroić ;)

Marcin Pietraszek pisze...

zdjęcie rzeczywiście ładne ;)