Lars von Trier na poszukiwanie antychrysta wybrał się do domu stojącego w środku lasu, bo twierdził, że im dalej od miasta, tym łatwiej górę nad rozumem biorą niemożliwe do ujarzmienia instynkty. Wojciech Smarzowski na spotkanie ze złem również wybrał dom stojący gdzieś na odludziu, choć w tym wypadku nie w lesie, a w pustym polu. Posłał do owego domu Edwarda Środonia (Arkadiusz Jakubik).
Zootechnik, który po nagłej śmierci żony popadł w alkoholizm, chcąc zmienić swoje życie wysyła swoje cv do PGR-u na drugim końcu Polski. Pracę dostaje, pakuje więc walizkę. Wsiada do pociągu, nie ma biletu, ale to nie problem - przekupuje konduktora i na wybraną stację dojeżdża. W pieszej drodze ze stacji do PGR-u zastaje go silna burza - szukając schronienia Środoń ucieka do jedynego domu, jaki widzi w okolicy. Tam przeżywa najdziwniejszą i najstraszniejszą zarazem noc swego życia.
Meble, ubrania, sprzęty, a w tle piosenka Heleny Vondrackovej - wszystko dokładnie z lat `70
Małżeństwo starego Dziabasa (Marian Dziędziel) i dużo młodszej od niego żony (Kinga Preis) przyjmuje gościa bardzo gościnnie. Zacznie się od alkoholu, później będzie jeszcze więcej alkoholu, a potem już tak dużo alkoholu, aż w jego oparach wyłoni się świetny pomysł na wspólny biznes gospodarza i gościa. Między panami błyskawicznie zakwitnie przyjaźń, a i Dziabasowa okaże się dla Środonia nie mniej przyjacielska niż jej mąż. Wszystko to wygląda groteskowo, ale i strasznie. Tym bardziej, że akcja rozgrywa się równolegle na dwóch planach…
Bartłomiej Topa jest w tym filmie rewelacyjny
Na jednym mamy ucztującą trójkę, na drugim, wizję lokalną w opustoszałym już domu. Jedna libacja – ta pierwsza – odbywa się jesienią. Druga – którą w czasie pracy urządzają w złym domu milicjanci – mroźną i śnieżną zimą. Pijany w sztok prokurator, upijający się wiejskim bimbrem milicjanci i porucznik Mróz (świetna rola Bartłomieja Topy!), który nie pije tylko dlatego, że ma wszyty esperal, usiłują ustalić, jak to się stało, że pijacka noc w złym domu zakończyła się potworną tragedią.
Albo inaczej. Milicjantom jest obojętne, czy coś ustalą, czy nie – oni tu tylko piją. Prokuratora nie obchodzi dochodzenie prawdy, bo władza już mu zapewne powiedziała, do jakich wniosków powinien dojść, kieruje więc wizją tak, by wydobyć ze Środonia takie zeznania, jakie będą wygodne dla, powiedzmy, „grupy trzymającej władzę”. Jedynie porucznik Mróz odkrywa w sobie jakieś ślady przyzwoitości, zaczyna go ciekawić, jak było naprawdę i na własną rękę zaczyna prowadzić alternatywne śledztwo. Nie podoba się to panu z partii (Sławomir Orzechowski), który kilkakrotnie podjeżdża czarną wołgą, by szantażować porucznika.
Pan z partii mógłby sporo stracić, gdyby Mróz ujawnił prawdę i wcale tego nie ukrywa. Próbuje przekupić milicjanta karierą, awansem, a skoro to słabo na niego działa, zmienia taktykę i usiłuje postraszyć Mroza materiałami, które na niego ma… Milicjant jest osaczony i nie może liczyć, że ktokolwiek stanie po jego stronie. On, jedyny sprawiedliwy, nie zbawi świata. Może więc nie warto nawet próbować?Ten film od początku do końca jest brutalny. To film gęsty od przekleństw, brudny od rzygów i śmierdzący non stop uchlanymi bohaterami. A jednocześnie film świetnie zmontowany, z dobrą grą aktorów, zbudowany tak, że nie ma ani chwili nudy. Widz oglądając „Dom zły” autentycznie wchodzi do złego domu. Co gorsza, czuje się w nim swojsko. Otacza go bowiem scenografia dobrze nam znana z polskich domów lat `70 i `80, a bohaterowie wydadzą się nam zapewne karykaturami naszych sąsiadów (no bo przecież, Boże broń, nie nas samych!).
Smarzowski pokazuje ludzi uwikłanych we wszechobecne zło, którzy nawet gdyby chcieli, nie znajdą żadnego sensownego wyjścia. Mogą albo ulegać presji i być drobnymi cwaniaczkami, jakich wokół wielu, albo dystansować się, przymykać oczy, stać z boku i jedynie tolerować zło. Nie ma tu jednak rzadnej opcji na walkę, bo i nie ma nikogo, kto mógłby ewentualnego bojownika poprzeć. Pozostaje więc pić – zapijać smutki i wyrzuty sumienia, a jeśli i taka pociecha nie wystarczy, można jeszcze spróbować przespać się z żoną sąsiada. Nic lepszego zdarzyć się tu nie może.
Skoro akcja dzieje się w stanie wojennym, łatwo zwalić winę na system – że korupcja, że partia, że polityka, że wódka… Dzięki temu można oglądać ten film bez wyrzutów sumienia, z poczuciem, że to ONI są źli, nie my. Ale jedna z końcowych scen burzy ten spokój. Oto, w domu złym milicjantka rodzi dziecko. Jakie może być to dziecko, skoro urodziło się w tak podłym miejscu, tak bardzo skażonym kłamstwami, zbrodniami, pijaństwem i korupcją? Jak to dziecko może kiedykolwiek stać się uczciwym i w pełni przyzwoitym człowiekiem, skoro wokół nie ma nikogo, kto byłby bez winy? Jak to dziecko mogłoby kiedykolwiek „wyjść na ludzi” skoro urodziło się w Polsce? To niemożliwe, wydaje się mówić Smarzowski – wszyscy jesteśmy skażeni Domem Złym.
*
Film mnie zaskoczył - skoro zawiódł mnie "Rewers", sądziłem że "Dom zły" zawiedzie mnie tym bardziej. Wychodząc z kina miałem dylemat, jak ocenić ten film. Nie przepadam za obrazami, w których Polska musi być albo krajem mafiosów, albo alkoholików. Trochę już tego za dużo. Film więc nie do końca jest w moim guście, ale to jeszcze nie powód, by odmawiać mistrzostwa komuś, kto wykonał kawał dobrej roboty. To nie jest film dla wszystkich, ale nie zmienia to faktu, że "Dom Zły" to Film Dobry.Uwagę mam jedną. Ja rozumiem, że jak człowiek jest pijany, to bełkocze. Ale wolałbym jednak zrozumieć wszystkie słowa, które padają z ust bohaterów podczas seansu, a w wypadku "Domu złego" jest to niestety trudne. Dlatego minus. Pięć z minusem.



3 kom.:
Marcinkiewicz a czy byłby to duży kłopot abys umiescił na swoim blogu licznik osób odwiedzajacych ??
Fan liczników
i sztuki konceptualnej;)
Znalazłem. Jestem straszną Ciapą.
Quasi-koncepcyjny
Znalazłem. Jestem straszną Ciapą.
Quasi-koncepcyjny
Prześlij komentarz